News Ticker

Robert Wyatt – „Rock Bottom” (1974)

Poniedziałkowy cykl recenzji płyt o nietypowym brzmieniu

Robert Wyatt | fot. © Droits Réservés

Kolejny wielki niedoceniany- Robert Wyatt, czyli jeden z założycieli Soft Machine, lider Matching Mole, perkusista a przy tym artysta genialny, którego muzyka była inspiracją dla wielu tworzących w latach 60/70. Historia związana z nagraniem i wydaniem tego albumu ma szczególne znaczenie, także w odniesieniu do oceny płyty.

Pierwszego czerwca 1973 roku, podczas przyjęcia urodzinowego Gilli Smyth, członkini Gong, doszło do nieszczęśliwego wypadku; upojony alkoholem Wyatt wypadł przez okno z czwartego piętra i w wyniku odniesionych obrażeń został sparaliżowany od pasa w dół. Warto wspomnieć tu o pozycji Roberta w tamtym czasie na scenie brytyjskiej- pomoc zaoferowała grupa Pink Floyd, która wraz z wcześniejszym projektem perkusisty Soft Machine zorganizowała dla perkusisty dwa koncerty charytatywne. Wypadek nie przeszkodził Robertowi w dalszym komponowaniu i grze na swoim wiodącym instrumencie, perkusji. Jednak ze względu na brak pełnej swobody zmuszony został do zmiany stylu z rockowego na jazzowy. Zrezygnował z poprzedniego projektu, Matching Mole, i skupił się na grze solowej. Rezultatem pierwszych prób komponowania jest płyta Rock Bottom, według krytyków jedna z najważniejszych płyt wszech czasów.

Robert Wyatt – „Rock Bottom” (1974)

Do współpracy zostali zaproszeni między innymi Mike Oldfield, Fred Frith z Henry Cow, Richard Sinclair z Caravan i Hugh Hopper z Soft Machine. Niektórzy z nich związani byli z awangardą, inni z sceną Canterbury, jednak Rock Bottom najbliżej do tej pierwszej szufladki. Płyta to sześć bardzo osobistych i dojrzałych utworów, przepełnionych specyficznym wokalem Wyatta i dwóch muzyków sesyjnych. Album zadedykowany i poświęcony został żonie Roberta, Alfredzie Benge.

Pierwszy numer Rock Bottom to melancholijna ballada z motywem przewodnim granym na pianinie. Brak w niej instrumentów pekusyjnych, Roberta wspiera tu jedynie bas Sinclaira. Myślę, że tracklista albumu nieprzypadkowo zaczyna się od numeru bez perkusji. Wyatt pokazuje tu zupełnie inną muzykę niż tę, do której przyzwyczajeni byli już jego fani. Artysta odszedł zupełnie od tego co grał choćby w Soft Machine, jednak powodem nie było tylko kalectwo. Postanowił odciąć się od przeszłości i zacząć coś zupełnie innego, zmienić nastawienie do życia. Uważał, że utrata nóg dała mu ‘nowy rodzaj wolności’. Znając tę historię i zapoznając się ze słowami Wyatta muzykę odbiera się całkowicie inaczej. Zaczynamy zauważać metamorfozę kompozytora, ból, który przysporzyło mu nagrywanie i melancholię. Album jest bardzo stonowany, żaden instrument raczej nie dominuje w utworach. Całość flegmatycznie dąży do końca, brak tu wybijających się momentów, nawet nie wychwytuje się przerwy między poszczególnymi piosenkami. Mimo udziału muzyków związanych z sceną Canterbury to niełatwo jest odnaleźć na albumie melodię. Wyatt mimo wszystko pozostał przy awangardzie, która pozornie nie pasuje do liryk i melancholii- tylko z pozoru.

Ten album nie jest wyjątkowy tylko ze względu na okoliczności jego powstania. Każdy element utworów stanowi o bezkonkurencyjności, w każdym dźwięku skrywa się ogromna dawka bólu, wzruszenia i pogodzenia się z rzeczywistością. Nie ma drugiej tak intymnej i poruszającej płyty i prawdopodobnie już nie będzie. Geniusz Wyatta objawiał się już w Soft Machine, a Rock Bottom stanowi poprzeczkę, której nie zdołał już potem podwyższyć- i tak naprawdę chyba nikt już w tym gatunku nie podoła. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich.

Krystian Łuczyński

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze