News Ticker

Pustki na koncercie Toto na warszawskim Torwarze

Relacja pisemna

fot. Tom Di Maggio, źródło: www.three-songs.com

Toto to grupa, którą bez wątpienia trudno jest zakwalifikować do jednego stylu muzycznego jednak jej przeboje znają niemal wszyscy. Dla tych, którzy jednak nie kojarzą twórczości muzyków z Los Angeles wystarczą trzy słowa „Hold the Line” i wszystko powinno stać się jasne. Ten i wiele innych przebojów mieliśmy okazję usłyszeć na niedawnym koncercie, który odbył się na warszawskim Torwarze. Niesamowity profesjonalizm grupy przyćmił jednak fakt, iż stołeczna arena świeciła pustkami.

Powodów zaistniałej sytuacji można wskazać kilka. Po pierwsze zaledwie dwa lata temu w łódzkiej Atlas Arenie odbył się koncert podczas, którego muzycy nagrali swoje DVD koncertowe z okazji 35-lecia istnienia, po drugie kilka dni wcześniej zespół wystąpił we Wrocławiu co sprawiło, że fani podzielili się między dwa miasta. W Warszawie spotkaliśmy zatem najwierniejszych sympatyków grupy, oraz tych, którym po prostu było bliżej do stolicy kraju niż stolicy Dolnego Śląska.

Mimo ogromnego profesjonalizmu i świetnego brzmienia (chyba najlepiej grający zespół „na żywo”) dało się odczuć, że grupa jest zmęczona. Joseph Williams oraz Steve Lukather w bardzo niewielkim stopniu wchodzili w interakcję z publicznością skupiając się na odegraniu przygotowanego materiału. Wśród zagranych utworów oprócz nieśmiertelnej „Rosanny”, „Hold the Line” oraz hitu „Africa” usłyszeliśmy kilka piosenek z nowej płyty („Burn” i „Ophran”), które zostały bardzo zgrabnie wkomponowane w set listę. Dodatkowo warszawska publiczność mogła posłuchać dwóch utworów, które wcześniej nie były grane podczas obecnej trasy koncertowej. Należą do nich „Georgy Porgy” oraz „Afraid of Love”.

Z pozytywnych rzeczy warto wspomnieć o Lennym Castro, który popisał się świetną solówką na bongosach oraz członku pierwszego składu Toto – basiście Davidzie Hungate, który mimo swojego wieku i siwych włosów na głowie wykazywał się niezwykłą punktualnością w grze, a na zakończenie występu wszedł na scenę z Perłą Chmielową wzbudzając uśmiech publiczności. Na zakończenie przy przedłużonym utworze „Africa” Williams zabawił się z publicznością intonując niczym Freddie Merkury wokalne partie, które ta powtarzała. Był to jeden z nielicznych momentów, w których widać było, że wokalista czerpie radość z bycia na scenie w tym dniu.

Jeśli ktoś zapytałby mnie czy koncert się udał i był wart uwagi bez wahania odpowiedziałbym, że tak. Trudno znaleźć drugi zespół, który w tak idealny sposób odnajduje się w występach „na żywo”. Momentami jest to aż denerwujące, że można być tak niesamowicie perfekcyjnym, dlatego każda chwila improwizacji była dodatkowym atutem przemawiającym na korzyść Toto. Oczywiście na odbiór występu wpłynęła sytuacja na widowni, która gdyby była wypełniona do ostatniego miejsca może sprawiłaby, że muzycy wykrzeszą z siebie więcej energii. Nie zmienia to jednak faktu, iż wieczór spędzony na Torwarze wszyscy fani grupy powinni zaliczyć do udanych.

Damian Kramczyk

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.