News Ticker

Granie hipisowskiego rocka nie jest dziś tym samym i być nie może

Wywiad

Fryderyk Nguyen | fot. Dominika Filipowicz

1. Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką hipisów?

Fryderyk Nguyen: Zaczęła się tak dawno, że nie mogę nawet tego pamiętać. Utwory Beatlesów, w tym te z okresu Magicznej Tajemniczej Podróży, były jednymi z pierwszych, które w życiu usłyszałem. Rodzice dołożyli wszelkich starań by mnie właściwie muzycznie wyedukować. Oczywiście było to dla nich całkowicie naturalne – takiej muzyki słuchali od młodości, a mama śpiewała w liceum w zespole. No i właśnie ona dała mi do posłuchania w gimnazjum płytę z największymi przebojami Hendriksa. Kiedy usłyszałem „All Along the Watchtower”, zostałem rozłożony na łopatki. I wiedziałem już – muszę założyć zespół.

2. Co fascynuje Cię w muzyce lat 60/70?

F.N: Przede wszystkim porusza ona tak zwane „serce”. Uczucia. I nie te „niskie”, ale właśnie wysokie. Ówcześni muzycy jakby więcej czuli, poszukiwali czegoś prawdziwego, wartościowego. Rock psychodeliczny, później progresywny, ale też soul, klasyczny hard rock – to były prądy artystyczne, ci ludzie pragnęli tworzyć sztukę, choć – jak wiadomo – wielu z nich nie miało wykształcenia muzycznego. Ich muzyka wyrażała głębokie tęsknoty duszy, koncerty były pewnym przeżyciem duchowym, nie chodziło tylko o zabawę. Później przyszedł punk z całą nihilistyczną otoczką, z pogo, ze ścianami itd. i rock poszedł w zupełnie innym kierunku, stał się bezprzedmiotową rozwałką, służącą wyładowaniu agresji i gniewu. Oczywiście bardzo uogólniam, bo wśród późniejszej muzyki znajduję wielu wartościowych artystów i stylów grania, mówię raczej o ogólnej tendencji. A jest ona taka: żeby było głośno, żeby był czad, żeby była moc. I wydawać by się mogło, że niektórzy nie potrzebują więcej.

3. Twoje najciekawsze odkrycia muzyczne

fot. Dominika Filipowicz

F.N: O Floydach i innych Purplach zanudzał nie będę (śmiech). Myślę, że jedną z najciekawszych muzycznych przygód było dla mnie zaznajomienie się z polską klasyką rocka lat 60. i 70. Swego czasu wsłuchiwałem się we wszystko, od Czerwono-Czarnych do Exodusa. Do dziś z zachwytem odkrywam perełki z tamtych lat, także te grupy, które nie miały w tamtych czasach szansy na wydanie płyty – Romuald i Roman czy Grupa Stress. Poziomem polska muzyka nie odstawała wtedy od światowej, nawet sprzętowo… Oczywiście był on dużo gorszej jakości, ale niektórzy nasi artyści potrafili wytworzyć naprawdę niespotykane brzmienie, jak na przykład SBB na pierwszej, koncertowej płycie. To co tam się dzieje z basem jest bezprecedensowe w skali światowej!

4. Granie rocka z lat 60/70 we współczesnych czasach nie jest tym samym co kiedyś. Współczesne „Vintage’owe” zespoły zwykle dodają coś swojego, aby zachować tzw. oryginalność. Dlaczego nikt nie próbuje odtworzyć tej muzyki taką jaka była na prawdę? Czy jest to po prostu zbyt trudne? Czy może jest tak, że zespoły nie podejmują się tego, by uciec od stwierdzenia odgrzewanego kotleta?

F.N: Granie hipisowskiego rocka nie jest dziś tym samym i być nie może. Każda muzyka w nowych okolicznościach historycznych nabiera nowych sensów. Dzisiejsze wracanie do starych brzmień jest czymś na kształt „nostalgii za czasami, których nie pamiętamy”, to próba powrotu do tego, aby muzyka – jak wtedy – była bardziej dla duszy. Z adaptacji dawnych dźwięków do obecnych warunków wychodzą czasami niesłychanie inspirujące rzeczy. Nie mówię oczywiście o próbach unowocześniania tamtej muzyki, a o potraktowaniu jej w inny sposób, rozwinięciu jej pomysłów. Zespoły takie jak Tame Impala, Pond, Dungen, Unknown Mortal Orchestra czy Temples z premedytacją używają staromodnych instrumentów, lecz wykorzystują je w nowy sposób. Cytują klasyków, ale nie dosłownie, są to jakby echa z zaświatów, a właściwie sample, remiksy. O wiele bardziej lubię słuchać takiej muzyki niż dzisiejszych imitatorów. Imitacja zawsze będzie miała w sobie coś z nieszczerości, a to szczerość była dla artystów lat 60. i 70. najważniejsza. W moim odczuciu właśnie wymienione przeze mnie współczesne grupy przypominają, jaka ta muzyka była naprawdę – poszukująca, głęboka, odkrywcza.

5. Kim dla Ciebie jest Hipis? Czy we współczesnym świecie znajdziemy jakiś odpowiednik tego słowa?

fot. Dominika Filipowicz

F.N: Dla mnie hipisi byli tylko jednym z wielu ruchów – wcale nie najważniejszym – który wyrażał ludzką tęsknotę za pokojem, za miłością, za naturą. To samo tkwiło w pierwszych chrześcijanach, w ruchu franciszkańskim, leżało także u podstaw romantyzmu. Ruch hipisowski te pragnienia przełożył przede wszystkim na muzykę, czy szerzej – sztukę. Byli to z pewnością ludzie poszukujący prawdy, lecz nie łączyła ich jakaś stała wartość, dlatego być może ruch się „rozmył”. Wciąż jednak inspiruje, ponieważ hipisi pozostawili po sobie wspaniałe świadectwo tego głodu duszy, który – bardziej lub mniej – jest obecny w każdym człowieku. Dzisiejszymi hipisami nazwałbym wszystkich tych, których wyśmiewa się za „nieżyciowe” wartości, a którzy mimo tego wciąż przy nich trwają. Nie ma raczej współczesnego odpowiednika tego słowa – zewsząd przecież wmawia nam się, że nie można zmienić świata, że trzeba się jakoś odnaleźć, ułożyć, ustatkować, przez co żadnych ruchów społecznych nie tworzymy. Ludzi, którzy się nie podporządkowują, nazywa się „naiwnymi”, „bujającymi w obłokach”, czasem „oszołomami”, ale nie ma tutaj spójności w nomenklaturze.

6. Twoje muzyczne marzenie?

F.N: Moje największe muzyczne marzenie jest takie, aby muzyka przestała być konsumowana, a znów zaczęła być przeżywana. Aby powrócono do jej duchowych funkcji, a zaniechano użytkowych. Bardzo szkoda, że zalegalizowano internetową kradzież muzyki, przez to mamy do niej wszyscy dużo mniejszy szacunek – jest wszechobecna, ale tak jakby nie było jej nigdzie… Chciałbym dołożyć jakąś cegiełkę, aby odbudować zastany stan rzeczy.

7. Zajmujesz się też prowadzeniem fan page’a Polska scena Vintage, opowiedz o tym projekcie?

fot. Dominika Filipowicz

F.N: O, to jest właśnie taki mały kamyczek. Staram się skupić w jednym miejscu artystów powracających do źródeł, przede wszystkim zespoły grające muzykę nieudawaną, szczerą, wyrażającą autentyczne uczucia, niekiedy brudną, zawsze – naturalną. W Polsce jest coraz więcej takich grup. W stosunku do tego, co się dzieje na świecie musimy się jeszcze wiele nauczyć, ale po to jest ten portal – by się nawzajem inspirować i gromadzić słuchaczy, którzy nie tylko słyszą, ale też słuchają.

8. Czy popularność na granie starego Rocka ciągle rośnie, czy jednak zaczęło z powrotem zanikać?

F.N: Trudno powiedzieć. Nie wiem, czy kiedykolwiek było to popularne, wszak stary rock w czasach swojej świetności wcale nie był stary. Oczywiście zauważalna jest tendencja do wykorzystywania analogowych brzmień, ale w dużej mierze to jest tylko moda, reakcja na wcześniejszą modę na elektronikę. Jak długo moda pozostanie tylko modą, niewiele się zmieni na lepsze. Problem jest dużo głębszy niż samo brzmienie – chodzi o powrócenie w muzyce do Prawdy. Popularność sceny alternatywnej na świecie i rosnąca z roku na rok ilość wartych uwagi albumów z tego nurtu każe z optymizmem patrzeć w przyszłość. Szkoda, że Polska tak wolno otwiera się na tę przemianę, a z Zachodu przejmuje przede wszystkim to, co mało wartościowe. „Ale to się ludziom podoba, więc gdzie widzisz problem?”

pytał: Patryk Jędrasiak

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze