News Ticker

Van Der Graaf Generator – Still Life (1976)

Poniedziałkowy cykl recenzji płyt o nietypowym brzmieniu

Still life to ostatni perfekcyjny album Van Der Graaf Generator, wydany krótko po równie dobrej poprzedniczce ‚Godbluff’. Obie płyty mają ze sobą wiele wspólnego, zostały nagrywane w tym samym czasie, jednak utwory zostały podzielone na dwa osobne wydawnictwa. Recenzowany ‚Still Life’ zawiera pięć powolnych kompozycji, bardzo stonowanych z poetyckimi lirykami lidera, Petera Hammilla.

Miłośnicy gitary nie znajdą tu wiele dla siebie, gdyż zespół starał się ograniczyć rolę tego instrumentu w swoich utworach do minimum. Kawałki opierają się głównie na grze klawiszowca i saksofonisty, często uciekają od standardowych metrum, jednak całość jest bardzo melodyjna.

Van Der Graaf Generator ─ Still Life (1976)

Gdybym miał zaszufladkować zespół to właśnie w tym przypadku łatka art rock pasowałaby idealnie. Największą zaletą formacji jest bez wątpienia jej lider, Peter Hammill, który posiada dość specyficzną manierę wokalną. Operuje falsetem, jednak nie pieje on tak jak wokaliści metalowi ani nie nuci jak muzycy stricte rockowi. Wokal Hammilla najprościej jest określić jako granicę między zdrowym rozsądkiem, a szaleństwem, delikatnością i krzykiem. Artysta zasłynął z tego, iż w zależności od śpiewanego przez siebie tekstu potrafi modulować swój głos. I tak w głośnikach usłyszymy delikatny szept mówiący o pozytywnych emocjach, który w ciągu chwili zmienia się w krzyk szaleńca. Wszystkie te emocje, dobre i złe, wiążą się z poezją Hammilla zawartą w tekstach. Jednak nie będę skupiać się na każdym utworze z osobna, zainteresowanym polecam zaznajomić się z ostatnim wersem ‚La Rossa’- cudo!

Van Der Graaf Generator to nie tylko Hammill, cała czwórka muzyków przyczyniła się do powstania albumu. I tak warto wspomnieć o kunszcie muzycznym Davida Jacksona, który… zazwyczaj grał na dwóch saksofonach naraz. Perkusja pozostaje przy typowo jazz-rockowych rytmach, schowana nieco za resztą instrumentów. Jak już wspomniałem, zespół nie posiadał w swoim składzie gitarzysty, choć lider często wspierał formację łapiąc za sześć strun. Melodia oparta jest głównie na instrumentach klawiszowych duetu Banton i Hammill, często też organach czy melotronie.

Wspomniałem o tym, iż do kapeli idealnie pasuje łatka art rock; Still Life to ogrom emocji, głównie negatywnych. Słuchając Hammilla śpiewającego o przemijaniu, bólu, filozofii i stosunku człowieka do świata ma się wrażenie, że te słowa są prawdziwe, stanowią one coś więcej niż tylko nagrany na taśmę utwór. Niewielu artystom udaje się ta sztuka, stąd wyjątkowość tej kapeli. Ponadto od razu można zauważyć jak wszystko pasuje w utworach do siebie – gra instrumentów, cienka granica między zdrowym rozsądkiem a szaleństwem, klimat.

Obecnie kapela straciła nieco na popularności, ale tak dzieje się zawsze z tym co trudne, niezrozumiałe. W wypadku VDGG nie chodzi o brak zainteresowania, mam wrażenie, że problem tkwi w tym, iż trzeba poświęcić ogrom czasu, by docenić nagrania zespołu. Wiele osób odrzuca już sposób, w jaki śpiewa Peter Hammill, innych złożoność utworów, brak gitarzysty. Z drugiej strony VDGG wśród fanów wymieniany jest obok takich nazw jak King Crimson, Pink Floyd, Camel.

‚Martwą naturę’ polecić mogę każdemu, kto chciałby poznać coś nowego, jednak nie tak skomplikowanego. Tu trudność tkwi w stylu Hammilla, nie warstwie muzycznej. A gdy już zaakceptuje i polubi się album za całokształt, warto sprawdzić wcześniejsze kilka albumów VDGG i większość solowych z dorobku Petera – setki minut genialnej i nacechowanej artyzmem muzyki.

Krystian Łuczyński

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze