News Ticker

Oranssi Pazuzu w warszawskiej Progresji. Publika zmieciona siłą skandynawskiego wiatru.

Relacja pisemna

Oranssi Pazuzu / źródło: www.metal-observer.com

Traf chciał, że wraz z koncertem fińskiego Oranssi Pazuzu w Warszawie temperatura sięgała około 0 stopni; można by pomyśleć, że skandynawski mróz towarzyszy kapeli na trasie. Jednak nie przez pogodę, a najpewniej przez niedzielny termin frekwencja na koncercie była zaskakująco niska. I choć Oranssi do gwiazd mainstreamu nie należą, to przecież znacząca już nazwa w muzycznej niszy. Około trzystu obecnych osób może śmiało stwierdzić, że koncert był wręcz doskonały w swym gatunku.

Otwierający gig Fleshworld to wciąż nierozpoznawalna nazwa na polskiej scenie, ale to powinno się wkrótce zmienić. Panowie wypadli zaskakująco dobrze i myślę, że sprawili dużej części publiki niespodziankę. Zabrzmieli o wiele agresywniej niż na debiucie, i jeśli studyjnie mogę porównać ich w pewnym stopniu do Blindead, tak scenicznie jest to już zupełnie oryginalny i twórczy zespół. Jednocześnie polecam ich pierwszy album sprzed kilku lat; raczej żaden fan sludge i post metalu nie poczuje się zawiedziony.

Drugi i ostatni support, czyli rodzimy Non opus dei, wypadł w niedzielę najgorzej. Ich ostatni album ‚Diabeł’ zbiera same dobre recenzje, ale jako doświadczona kapela wypadli bardzo przeciętnie. W przeciwieństwie do Fleshworld u muzyków brakowało widocznej radości z gry, wszystko odegrane było idealnie, bez zaangażowania. Publika tę godzinę emanowała podobną energią co NOD; bez cienia wątpliwości Non opus dei nie zaliczy występu do udanych.

Około 21:30, po nastrojeniu instrumentów i ustawieniu nagłośnienia, zabrzmiało intro z syntezatora, a następnie uszy zgromadzonej pod sceną publiczności zostały wściekle zaatakowane przez fiński kwintet. Oranssi od samego początku zahipnotyzowali publikę swoimi transowymi riffami. Większość zagranych utworów pochodziła z najnowszego albumu Värähtelijä, najcięższego i najlepszego jak dotąd krążka Finów. W trakcie gigu trudno było stwierdzić, pod jaką muzyczną szufladkę podpiąć Oranssi. Nie jest to black metal, żaden post, space, choć oczywiście możemy się doszukać wpływów wymienionych przeze mnie gatunków w ich twórczości i tym, co zaprezentowali w niedzielny wieczór. Na myśl przychodzi mi atmospheric black, jednak wtedy ten termin nie mógłby się wiązać z kapelami, które poza Pazuzu pod tą szufladkę grają. Oranssi to jedna z największych innowacji w ciężkim graniu.

A o tej innowacji świadczy fakt, jak wpłynęli na warszawską publikę. Wszyscy zgromadzeni w Progresji stali jak oniemiali, czy to podczas fragmentów psychodelicznych czy tych typowo metalowych. Ze sceny odczuć można było zaangażowanie muzyków, co było zresztą bardzo widoczne. Na gigu odnosiło się wrażenie, jakby każdy z instrumentalistów wcielonych w Oranssi Pazuzu grał coś odrębnego, odchodząc od kostrukcji utworu, każdy inaczej zachowywał się na scenie. I tak np. jeden z gitarzystów odgrywał swoje partie maniakalnie szybko, improwizując, wijąc się przy tym z niewidocznej dla publiki agonii. Długie, transowe partie nie nudziły, a wręcz przeciwnie- sekcja wraz z klawiszami tworzyły dobre sceniczne połączenie. Ze sceny chaos mieszał się z atmosferycznym spokojem, mroźnym skandynawskim klimatem. Na żywo kapela wypada o poziom lepiej niż studyjnie, choć ich wydawnictwa to najwyższa awangardowa półka.

Gig Oranssi Pazuzu był jednym z najlepszych, w których uczestniczyłem. Pierwszy raz byłem świadkiem takiego wpływania zespołu na publikę, mimo grania muzyki, która w wielu momentach wręcz rozkazywała do wyzwolenia z siebie energii przed sceną. Godzina instrumentalnej hipnozy z fragmentami wrzasków muzyków upłynęła zdecydowanie za szybko. Niech żałuje ten, kto się na trasie nie pojawił, bo z pewnością cała trasa wypada tak jak warszawski gig- Doskonale przez duże D.

Krystian Łuczyński

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.