News Ticker

King Crimson – „In the Wake of Poseidon” (1970)

Felieton: Niedziela z królem

Robert Fripp & Greg Lake

Pisząc o King Crimson, z pewnością zakończyłem poprzedni artykuł wspomnieniem o czyimś odejściu lub też zawieszeniem działalności zespołu (choć nie zawsze tak było, jednak początki każdego składu Króla były trudne). I tak też się stało.

‘Każdy, kto zna muzykę King Crimson wie, jak ważni byli Ian Mcdonald i Michael Giles dla właściwej twórczej energii zespołu’ – Greg Lake

Multiinstrumentalista oraz perkusista opuścili zespół w momencie, gdy grupa skazana była na sukces dzięki zgraniu muzyków, ich umiejętnościom, dobrym przyjęciu debiutanckiego krążka oraz energii, która towarzyszyła im na koncertach. Jednakże, po wielu latach McDonald i Giles zaczęli żałować swoich decyzji, spowodowanych tęsknotą za rodziną, dziewczynami (historia lubi się powtarzać- ile to już razy słyszeliśmy, że ‘wszystko co złe dzieje się przez kobietę’? ), brakiem doświadczenia w koncertowaniu i jak mówił Giles- zbyt mroczną muzyką. Usłyszawszy to, Fripp postanowił, że sam odejdzie od zespołu, byleby tylko utrzymała się większość oryginalnego składu. Giles i McDonald zgodnie odmówili, przez co od tego momentu zaczęto postrzegać Roberta jako samodzielnego lidera King Crimson.

Odejście dwóch osób z pierwotnego składu King Crimson to jednak nie koniec problemów. Lake, którego postrzegano na angielskiej scenie jako świetnego, charyzmatycznego frontmana, również ogłosił, iż opuszcza zespół. Uważał, iż zastąpienie Giles’a i Mcdonald’a jest niemożliwe, przez co dołączył do nowej kapeli Keith’a Emersona- uzdolnionego muzyka grającego na instrumentach klawiszowych. Fripp, szukający nowego wokalisty, zwrócił się do Petera Straker’a (tak, to ta sama osoba, która wystąpiła w oryginalnej obsadzie musicalu ‘Hair’), jednak manager wykonawcy zażądał zbyt wielkiego wynagrodzenia. Nie jest plotką, iż o stanowisko w King Crimson ubiegał się również Elton John, ale jego śpiew nie przypadł do gustu Robertowi. Ostatecznie udało się namówić do nagrań Lake’a, który w ramach wynagrodzenia zażyczył sobie zestaw nagłaśniający zespołu.

King Crimson – (1970)

Pierwszym zarejestrowanym utworem w studio był ‘Cat Food’, skomponowany wcześniej przez Sinfield’a i McDonald’a, z poprawkami dokonanymi przez Fripp’a. Lider uzupełnił skład kontaktując się z braćmi Giles (nagrali oni sekcję rytmiczną) i pianistą Keithem Tippett’em. Utwór wydano jako singiel, a na stronie B krążka dodatkowo znalazł się instrumentalny kawałek ‘Groon’, w całości skomponowany przez Roberta. Płyta niespodziewanie nie sprzedała się dobrze, nawet mimo promocji poprzez występ grupy w telewizji. Jak się później okazało, był to jedyny ‘koncert’ grupy w 1970 roku.

Wytwórnia wydająca płyty King Crimson nalegała na nagranie drugiego krążka, by podtrzymać popularność grupy. Pośpiech nie wyszedł kapeli na dobre, a ‘In the wake of Poseidon’ jest, jak dla mnie, najgorszym albumem grupy z lat siedemdziesiątych. Mimo, iż płytę nagrywano z pierwotnym wokalistą oraz perkusistą grupy, to zabrakło muzykom polotu i pomysłowości przy swoich partiach. Byli i obecni członkowie zespołu nie potrafili się dogadać, a w głównej mierze, na tym wydawnictwie, duet kompozytorski Fripp- Sinfield wciąż nie posiadał doświadczenia, by powtórzyć sukces debiutu kapeli. Pierwszy ‘Peace- A beginning’ to prosty utwór skupiony na wokalu Lake’a. Minimalistyczne podejście zespołu do rozpoczęcia albumu kontrastuje z następnym w kolejności ‘Pictures of a city’. To szybki utwór, niewątpliwie bardzo dobrze zaaranżowany również pod względem technicznym (na uwagę zasługuje zwłaszcza gitara Fripp’a), jednak posiada jedną, bardzo dużą wadę. Jest uderzająco podobny do rozpoczynającego debiutancki album zespołu- 21st century schizod man, głównie przez jego środkową część. Wystarczy usłyszeć choćby raz oba kawałki, by dostrzec, że zespół został przytłoczyny geniuszem i odkrywczością poprzedniego krążka.

Po wymagającym skupienia ‘Pictures…’ nadchodzi kolej na spokojniejszą piosenkę, przy której nagraniu udziału nie miał Lake, ponieważ w czasie pracy nad ‘Cadence and Cascade’ zaczął grać w trio wraz z Emerson’em i Palmer’em. W utworze tym Grega zastąpił szkolny kolega Roberta, Gordon Haskell. Po raz pierwszy w King Crimson usłyszeć możemy muzyka sesyjnego (jeszcze sesyjnego, gdyż niedługo po wydaniu płyty dołączy on do grupy na ‘stałe’) Mela Collins’a, który do piosenki dodał partie grane na flecie.

Tytułowy utwór, tak jak i na debiucie, stanowi jedną z lepszych pozycji albumu. ‘In the Wake of Poseidon’ to również świetny tekst, wiążący się w pewien sposób z dwunastoma postaciami z okładki płyty- po 2 wersy na jedną osobę. Poza tym, utwór przez tonację i swego rodzaju patetyczność ponownie budzi wrażenie, że słyszało się to już wcześniej. Luźne powiązania z ‘Epitaph’ są jak najbardziej trafne, ale nie przeszkadza to w słuchaniu. Następnie zespół prezentuje kolejną porcję krótkiego i nieco folkowego ‘Peace- a Theme’, po raz drugi przed bardziej technicznym utworem. Singlowy ‘Cat Food’ opowiada w żartobliwy sposób o powszechnym komercjaliźmie, przy czym warto wspomnieć o udziale wspomnianego przeze mnie wcześniej Keitha Tippett’a. Jego partia klawiszowa brzmi dość anarchicznie w porównaniu do całości, ale dzięki temu dobrze łączy się z resztą instrumentów. W czasie wydania singla utwór uważany był przez krytyków i publikę za najgorszy z dorobku King Crimson, został zaakceptowany dopiero po dłuższym czasie. Kontrowersję wywołały również prawa autorskie- McDonald uważał ‘Cat Food’ za swoją kompozycję, jednak Fripp upierał się, jakoby zmienił całość, zachowując przy tym tekst Sinfield’a.

Skoro na debiucie był instrumental w postaci ‘Moonchild’, tak i na tym wydawnictwie nie mogło zabraknąć utworu bez udziału wokalisty. ‘The Devil’s Triangle’, czyli Trójkąt diabła, to miejsce na ocenie, gdzie miały miejsca tajemnicze przypadki, najczęściej zniknięcia samolotów czy łodzi. Jedyną cechą wspólną obu utworów jest nawiązanie do Karmazynowego Króla i jego dworu z debiutu- nie bez powodu w tym instrumentalu umieszczono chórki z ‘In the court of the Crimson King’, ale nie będę odbierać przyjemności z interpretacji fragmentu. Dla mnie ten kawałek jest definicją mrocznego wcielenia grupy i myślę, że ta część płyty bije na głowę setki zespołów black, death czy doom metalowych pod względem grozy, atmosfery horroru i przerażenia. Za pomocą melotronu Fripp stworzył prawdziwie ‘duszną’ i niepokojącą atmosferę. I ciekawe, jak wiele osób wie, że gdy pokłady dźwięków fortepianu, melotronu i bębnów nakładają się na siebie około siódmej minuty, Tippett gra… fragmenty rymowanek dla dzieci i urywki reagge.

Całość wieńczy delikatny ‘Peace- an End,’ który po raz trzeci kontrastuje z pozostałymi kawałkami. Jak widać, ‘In the wake of Poseidon’ to bardzo zróżnicowana płyta, na której znajdziemy mnóstwo ‘zapożyczeń’ z debiutu, dużo gitary akustycznej, eksperymenty z improwizacją muzyków sesyjnych czy też mroczny ‘The Devil’s Triangle’. Album z pewnością jest jedną z wizytówek prog rocka, i nie tylko dlatego, że nagrał go King Crimson. Warto się z nim zapoznać choćby przez zachwalany przeze mnie instrumental, singlowy ‘Cat Food’ czy numer tytułowy. Prasa muzyczna, zaraz po wydaniu krążka, raczej pozytywnie krytykowała płytę, twierdząc, że kapela nic nie straciła ze swojego blasku i oryginalności. Owszem, można tę płytę określić słowami ‘kiepska kopia debiutu’, ale zadajmy sobie jedno pytanie- ile zespołów nagrało tak dobre ‘kiepskie’ płyty? . Krążek często nie bez powodu pomijany jest w szerokiej dyskografii King Crimson. Wspomniałem, że dla mnie to najgorsze wydawnictwo spod szyldu Fripp’a, co nie znaczy, że płyta jest zła. Z perspektywy czasu, jeśli nie będziemy zwracać uwagę na podobieństwa do debiutu i przekonamy się do kontrastu między balladowym a mrocznym Crimson to album ten trafi do każdego w stu procentach. Jeśli nie… No cóż, niech Ci, dla których płyta jest zwyczajnie nudna, żałują…

Krystian Łuczyński

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze