News Ticker

King Crimson – „In the Court of the Crimson King” (1969)

Felieton: Niedziela z królem

Myślę, że w odniesieniu do King Crimson i kolejnych recenzji ich albumów, słowa ‘wszystko o tej kapeli zostało już napisane’ nie są nowością. W momencie pracy nad artykułem sam, bijąc się w pierś, muszę się z tym zgodzić. Nie jestem pewien, czy pisany przeze mnie tekst przybliży komukolwiek zainteresowanemu (bądź też nie) cokolwiek na temat zespołu, jednak spróbuję podjąć wyzwanie.

Od momentu wydania debiutu w 1969r., do dziś wiele zespołów i artystów inspiruje się niepowtarzalnym stylem i osobowością muzyków Karmazynowego Króla. Moim zdaniem, In the court of the Crimson King (który notabene uznawany jest za jedną z najlepszych płyt rocka progresywnego) to album kompletny i w porównaniu do innych krążków grupy, nie tak trudny w odbiorze.

Początki King Crimson wiążą się z trio Giles, Giles & Fripp, które powstało niecałe 2 lata przed Królem. Bracia Giles poszukiwali w Londynie gitarzysty i po około 3 miesiącach usłyszeli o Robercie. Dołączył on do zespołu, mimo iż Fripp nie potrafił śpiewać, a funkcję wokalisty przejął basista Peter G. Grupa wydała tylko jeden album The Cheerful Insanity of Giles, Giles and Fripp, który sprzedał się w nakładzie ‘600 egzemplarzy na całym świecie!’ ( cytat- Robert Fripp). Ambitne trio nie tak wyobrażało sobie początek kariery. Mimo, iż płyta zbierała pochlebne recenzje krytyków i była promowana przez producentów, grupie nie udało się odnieść sukcesu.

king-crimson-1969

King Crimson 1969, źródło: progarchy.com

The cheerful insanity… potraktować można raczej jako ciekawostkę niż godny polecenia krążek. Z pewnością słychać na niej wyraźnie wpływy dwóch z trzech muzyków, którzy za 2 lata wydadzą In the court of the Crimson King (po wydaniu debiutu od składu odchodzi Peter Giles, a zastępuje go Greg Lake). Utwory te cechuje typowa dla Fripp’a kakofonia, chaos i udział instrumentów dętych, połączone z grą Michael’a. Album jest jednak spokojny i melancholijny, gdzieniegdzie na pierwszy plan wysuwają się też inspiracje Beatlesami czy Moody Blues. Dla obecnych fanów King Crimson z pewnością gratką jest okładka płyty- jak często bowiem można było zaobserwować Fripp’a uśmiechniętego?
Po wydaniu debiutu zespół postanowił poszukać kilku nowych muzyków. Peter Giles natrafił na ogłoszenie zatytułowane ‘Judy Dyble’ i tak do składu dołączyli Ian Mcdonald i jego dziewczyna. Kapela długo nie utrzymała się w takim składzie, gdyż już po pierwszych nagraniach muzyków opuściła wokalistka, a następnie po występie grupy w BBC stanowisko basisty zajmuje Greg Lake. Do zespołu dołącza także Peter Sinfield, odpowiedzialny za teksty i oświetlenie na koncertach. Kapela zaczyna pierwsze próby i koncerty, spotykając się z pozytywną krytyką m. in. Steve’a Hackett’a, Manfred Mann’a czy The Moody Blues, występuje również jako support Rolling Stones w Hyde Park. Ów występ przyniósł Karmazynowemu Królowi duży rozgłos, gdyż na kolejnych koncertach grupy sale były zapełnione po brzegi. I ostatecznie, po kolejnej zmianie wytwórni, King Crimson po raz trzeci weszli do studia, by nagrać swój debiutancki album.
Otwierający płytę 21st century schizoid man zaczyna się od jednego z najbardziej rozpoznawalnych riffów w historii muzyki rockowej i metalowej. Utwór z początku jest dość brutalny, a jego tekst dodatkowo wzmacnia agresję. Przesterowany wokal i ostry dźwięk gitary w zwrotce razem tworzą klimat grozy, przywołując przy tym antywojenne przesłanie. Po pierwszej części utworu następuje przejście w motyw jazzowy, gdzie zespół daje podkład pod solówki Fripp’a i Mcdonald’a. Ta instrumentalna partia jest wręcz nasączona paranoją i chaosem, a dalsze fragmenty kawałka zdają się gnać do przodu bez chwili wytchnienia. Zwolnienie następuje dopiero po kilku minutach, gdzie zespół frazuje wspólnie motywy i powraca do zwrotki i refrenu. Nie bez powodu utwór do dziś pozostaje niedoścignionym wzorem dla obecnych zespołów rockowych. Niewielu wykonawcom udało się tak spójnie, a jednocześnie skomplikowanie, przy ogromie motywów i partii poszczególnych muzyków w różnych tempach i metrum, nagrać i odgrywać na żywo tak trudny, a jednocześnie mimo ściany dźwięków dla potencjalnego słuchacza, interesujący kawałek.
Drugi w kolejności I talk to the wind powstał jeszcze podczas sesji z Giles, Giles & Fripp. Moim zdaniem, choć cały album jest jak dla mnie świetny, tak ten utwór czasami przełączam. Folkowe wcielenie Króla to sielankowy głos Lake’a połączony z harmonią Mcdonald’a, który akompaniuje Gregowi. Solówka grana przez Ian’a brzmi cudownie, jednak uważny słuchacz zauważy, iż około 5:23 jest ona połączona z drugą, ale całość dobrze się ze sobą łączy. Ballady to nieodłączna część repertuaru King Crimson, i o ile się nie mylę, każde wydawnictwo zawiera co najmniej jedną. Na tej płycie zespół zaprezentował jednak dwie…
… a Epitaph, trzeci utwór w kolejności jest powodem, dla którego przełączam poprzedni kawałek. Trudno ująć mi w słowa geniusz i oryginalność tylko pozornie prostego utworu. Mimo mrocznego i bardzo poważnego tekstu utwór brzmi pięknie i dość świeżo, nawet w dzisiejszych czasach. Na pierwszy plan wysuwa się melotron, który genialnie buduje patetyczną atmosferę. Głos Lake’a wydaje się wręcz stworzony do odegrania tego utworu, brzmi bardzo dojrzale i idealnie wiąże się z tekstem. Cały zespół, mimo średniej wieku 23 lat, stworzył materiał niezwykle dojrzały i przemyślany. Utwór ten to swojego rodzaju wizytówka zespołu. Dla mnie wers: ‘Confusion is my epitaph’ dokładnie odwzorowuje styl, relacje między muzykami, poszukiwanie właściwej drogi i wszystko, co związane jest z King Crimson.
Moonchild to najdłuższy utwór na płycie, z pewnością wymagający wielu przesłuchań i zagłębienie się w tematykę płyty. Składa się z dwóch części- The Dream i The Illusion. Pierwsza z nich zawiera wokal i słychać w niej głównie melotron. Z kolei druga… cóż, i tu tkwi problem. Większość słuchaczy z pewnością uznaje ten utwór za zwyczajnie nudny i przekombinowany (choć to może nieodpowiednie słowo, gdyż ‘zbyt wiele’ się tu nie dzieje), jednak zainteresowanym polecam poszukać informacji w internecie lub interpretować go na własny sposób. Teoretyczne ‘strojenie instrumentów’ (gdzieś natknąłem się na taką opinię) posiada drugie dno.
W końcu docieramy na Dwór Karmazynowego Króla. Tekst przepełniony poezją opowiada o dworze, ale ponownie spotykamy się z pomysłowością twórcy liryk. Karmazynowy Król to synonim Belzebuba z twórczości Sinfield’a. W tamtych czasach nazwa ta była odważna, jednak pierwsze koncerty grupy pokazały, że jak najbardziej trafna. Już podczas występów na początku działalności w klubie Change Is, gdy co tydzień zmieniała się tematyka miejsca, tematem gdy grali King Crimson okazał się ‘horror’. Stanowi on połączenie poprzednich czterech utworów. Są tu gitarowe pasaże, melotron, instrumenty dęte, poezja, ale i wspomniany patetyczny klimat. Warto zwrócić uwagę na kolejność utworów, a zwłaszcza Moonchild i In the court…, ponieważ nieprzypadkowo ułożono je w ten sposób.
Po wydaniu albumu zespół dał kilka koncertów w Anglii i 27 października 1969 roku, czekał na samolot na lotnisku Heathrow do Nowego Jorku. Prasa brytyjska jak i amerykańska wróżyły King Crimson ogromną, światową karierę, koncerty wypadały świetnie, przeprowadzano mnóstwo wywiadów z muzykami Króla. Kapela stała u progu dawno wyczekiwanego sukcesu, jednak niedługo po tournée drogi muzyków rozeszły się. Historia Króla często zataczała koło, nie pozwalając zespołowi wybić się i dorównać popularnością m. in. Pink Floyd. Ale o rozpadzie i kolejnym albumie… może innym razem.

Krystian Łuczyński

Poprzedni post
Następny post

Komentarze

komentarze